Uwaga. Największy spam w historii tego forum, mojej też. Edit: jednak nie,
tutaj długość prawie ta sama.
Niezniszczalni/Expendables
Pewnej pięknej niedzieli pod koniec września, najedzony, a właściwie objedzony po obiedzie, jak to zwykle bywa, zbijam bąki na krześle przed kompem. Brajdal w tym samym pokoju ogląda Mam Talent a mnie krew zalewa, bo już wytrzymać nie mogę z nienawiści ku temu programowi. Nagle brat rzuca: - To może pojedziemy do kina? Może jest gdzieś indziej jakieś lepsze? Myślę sobie, pogrzało go czy co, nie wyobrażam sobie niedzielnego wieczorku bez MW2, jutro do budy przecież, to jedyna słodycz przed tą zarazą (i tak mam lepiej niż niektórzy z Was w robotach xD). Pewnie późno wrócimy i będzie po ptokach, nie pogram. Czy kino czy MW2 to dla mnie prawie bez znaczenia, wciąga mnie tak samo, jak to kino organizowane w domu. Jeszcze do końca wakacji miałem brata projektor i oglądałem sobie bez opamiętania filmy w HD do późnych godzin nocnych... ahh to były czasy :/ i jakoś filmy nie były dla mnie ostatnio jakimś zjawiskiem, nie że jestem taki uzależniony od CoDa

Ale Zbychu wspomniał o kinie w jakości cyfrowej, coś tam słyszałem, ale nie wiedziałem dokładnie o co biega. Tak więc odpaliłem jedynego wujka który jeszcze utrzymuje ze mną stałe kontakty i doskonale mnie rozumie, tak drodzy państwo - Google - chwała Wam, studentom uniwersytetu Stanforda. Czytam, czytam, no no no, jakie ma ją skurczybyki zabezpieczenia, łooo pobierają te filmy z neta, ciekawe czy atak DDOS na ich serwery wystarczyłby na przerwanie seansu, haha, czujecie? Premiera nowego Bonda, na widowni członkowie rodziny królewskiej a tu fail. Egipskie ciemności po napisach wstępnych, kojarzycie końcowy moment z Bękartów Wojny z małą zmianą repertuaru w kinie? Mniaaam... Kocham skandale, filmy z Bondem też. Dobra koniec marzeń, wszystkie filmy są buforowane, a tylko dekodowane w trakcie seansu żeby... nie wyciekły do neta

Ale ta rozdziałkaaaaa 4K! Szok, myślałem że opluje monitor herbatą. To dwa razy tyle co Full HD, do tego dźwięk 24 bity i jakieś kosmiczne bitrate, matko, moje uszy by przestały słyszeć cokolwiek innego po takim seansie. Poczytałem sobie jeszcze o ulepszanych standardach, różnych systemach wyświetlania i o tym że taki film zajmuje 3/4 mojego dysku twardego czyli skromne 370 GB. Wierzycie że w Polsce da się aż tyle pobrać w sensownym czasie do daty premiery filmu? No właśnie. I tutaj w końcu coś zaczyna mi nie grać, no ale dobra. Czytam przeróżne fora, faktycznie sprawa stoi średnio, w Polsce nie ma jeszcze projektora 4k, tylko 2k, czyli Full HD, ale zawsze coś, nie to co analog. Sprawa była bardziej przetrząsana przy okazji premiery filmu Avatar, który został nakręcony w postaci cyfrowej. Zaczynało się w końcu to co mnie najbardziej interesowało, czyli gdzie najlepiej iść na to do kina (czyli dla mnie na cokolwiek w postaci cyfrowej, ale tam było 3D więc ciut inaczej musiałem na to patrzeć, były różne typy wyświetleń itd). Ostatecznie wybór padł na Silverscreen w Łodzi (pozdrowienia dla Qwercika i Jig5awa) nie wiem, jakoś mi się tak ubzdurało. Na stronie multikina ten obiekt był wyszczególniony, a że Cinema City mam u siebie w Częstochowie, to stwierdziłem że mała odmiana nie zaszkodzi, może w końcu zobaczę film w kinie w postaci cyfrowej, w końcu tamto kino wyszczególnili, bo wiedziałem że u mnie wszystko leci w analogu. Przedstawiłem sprawę Zbychowi. Sprawę przyjął z entuzjazmem, a że znam go z rzeczy niemożliwych, to nie zdziwiło mnie że od tak powiedział: - no to jedziemy. Był już wieczór po 18tej, a do pokonania 240 km w obie strony . Coś przebąkiwał o Wall Street Pieniądz nie śpi, i tak zostało, wybraliśmy godzinę seansu która wypadała... za godzinę. Ale zaraz, przecież reklamy trwają ze 20 min, a do tego Zbychu kupił ostatnio nowego Focusa

a ode mnie z Zawodzia od razu jest wylot na trasę. Drogi pewnie będą puste o takiej porze. No to się zbieramy. Chwilę potem patrzę już na piękne felgi sprowadzanego z Niemiec Focusa mojego brata i wsiadam jako pasażer z przodu, ah te drzwi, te klamki, ta deska. Siadamy w znacznie wygodniejszych fotelach niż w Vectrze II, i wyjeżdżamy z zapchanego jak to wieczorem parkingu... Ho ho ale gnaliśmy, każde auto nam zjeżdżało z drogi na drugi pas, aż nie nastarczałem z podziękowaniami awaryjnym. Plan był jak najbardziej realny, aż do momentu w którym miejsce w szeregu wyznaczył nam czarny, luksusowy mercedes na ruskich blachach, potem było tylko gorzej, po 3/4 drogi zaczęły się jakieś remonty, objazdy, wszystkie auta się ślimaczyły nie dając przejechać, ale nie traciliśmy nadziei aż do samej Łodzi, potem nasz entuzjazm ostudziło jedno słowo - miasto. Brachol tak na prawdę był w Łodzi ze dwa razy, o mnie to nawet nie ma co pytać. I tak o to pożegnaliśmy się z owym filmem, ale spokojnie nic straconego, następny w kolejce czekał Salt, zapowiadał się jeszcze lepiej od poprzedniego. Z drugiej strony, przecież po co to wariactwo? Trzeba się było od razu wybrać na Salt. No tak, ale z góry zakładając taki wariant, to zupełnie by nie miało sensu, wszystko bardzo późno, mnie to nie przeszkadza, i tak w tygodniu niewiele śpie, ale Zbychowi jako tako zależy na funkcjonowaniu w pracy, a matka zaś się wścieknie, pierwszy wariant lepiej brzmiał i lepiej oddziaływał na psychikę, chociaż, ja tam od razu nie wierzyłem w takie cuda, że to się uda. Fajnie, bo coś na spontana, dlatego na to przystałem. Wjeżdżamy do Łodzi, dobrze że zaprogramowałem GPSa w drodze i pamiętałem z neta ulicę kina, ale co z tego, oboje wiedzieliśmy że nic nam to da, od nowości nie aktualizowaliśmy map. I rzeczywiście, krążyliśmy dookoła że he(u)j, tragedia. Ale w końcu moje oczy ujrzały upragniony napis Silverscreen, marki tak na prawdę zlikwidowanej, i wcielonej do sieci multikina. Ale nie tak szybko, trzeba gdzieś zaparkować. Po drodze rozglądam się uważnie dookoła, kurde, to miasto jest ekstra, tramwaje se jeżdżą po ulicach, ciekawe, niecodzienny widok dla Częstochowianina, takie skupisko wieżowców że szczęka opada, i to jakich! Łódź nocą, do tej pory znałem tylko z kawałka Ostrego - Tabasko, i powiem że jest nieziemska, okazało się że bardzo wiernie oddawała rzeczywistość. Dobra, wjeżdżamy na parking, wita nas nie dość że szlaban, to jeszcze kolczatka przed wjazdem, ciekawe i praktyczne rozwiązanie, nie ma co. Po załatwieniu formalności wypełzamy się już z samochodu w kierunku kina. Przechadzamy się powoli po pustych ciemnych ulicach, przecież mamy czas... nawet żadnych dresów tu nie ma o tej porze, co za przyjazne miasto, po drodze przeskakuje nieporadnie jakiś pachołek, przekimuje się przez barierkę, zaczynam się w najlepsze bawić w Sama Fishera [teraz słucham soundtrack z Pandora Tomorrow ;)] brat raczej zachowawczo wymija wszystko szerokim łukiem, widać że w to nie grał, a ja mam duszę tajnego agenta

Wchodzimy do kina. Jakoś tu nie za tłoczno, wręcz ponuro, w bocznych knajpkach niektóre światła pogaszone, wejście do kibla oklejone szeroko taśmą dookoła, niedobrze. Podchodzimy do kasy, upewniamy się że repertuar pokrywa się z tym na necie i kupujemy bilety. Jedziemy schodami na górę, zaopatrujemy się w Cole i Popcorn, po czym miły facet wpuszcza nas na salę i mówi: - Tylko proszę tam nie siadać na środku bo się rozlało piwo. - No ok. (niuch niuch) fakt, wali trochę. Siadamy na znacznie mniej wygodnych krzesłach niż te do których przyzwyczaiło nas Cinema City, i oglądamy w najlepsze reklamy. Żywo dyskutujemy o filmach, nikogo nie ma w sali. Gasną światła, leci druga partia reklam, ktoś tam wchodzi. Następnie zaczyna się ten upragniony film. Patrzę na jakość, kicha, to nie cyfrówka, jeszcze ten ekran mniejszy jak u nas. Potem się okazało, że jak film jest nagrany cyfrowo to jest napisane w repertuarze, i do tego więcej kosztuje, i tak jest w obu kinach. No ale dobra, oglądamy, przyjemny klimat, ale zaraz? Toffik już opisał Salta. No cóż. Więc ten etap podróży pominę. Czas się zwijać, zapalają się światła, strzelają moje zastane kości, czuję po baniaku że przesadziłem z Colą. Wytaczamy się powolnym krokiem, już po północy [kurde dokładnie tak jak teraz] jeszcze tylko Zbychu taranuje wszystkie zabezpieczenia w drodze do kibla i wracamy do Częstochowy tą samą drogą którą tu przybyliśmy...
Zajeżdżamy szczęśliwie do domu chyba koło drugiej, jakoś nie śpieszyło mi się rano do budy. Stwierdziłem że się wyśpię, a potem pójdę do naszego Cinema City na Expendables/Niezniszczalnych co planowałem już od dłuższego czasu, Salta mi fundnął brachol więc się nie szczypałem. Resztę wydarzeń opiszę moja historia spisana podczas nudów na języku polskim, pozdrowienia dla p. Kołodziej z VIII Liceum Samorządowego w Częstochowie, tej od informatyki też, tak samo się nazywa, aha pochwalę się że jestem na profilu dziennikarskim, a do tej pory z niczym takim nie miałem do czynienia, swoją drogą bardzo mnie to cieszy, przynajmniej mnie tu nikt nie ocenzuruje, pisałbym dla gazetki, musiałbym na siebie uważać, lizać cztery litery wszystkim na około, nie bawi mnie to, leje już całkowicie na ten ogólniak, chce tylko zdać, wybrałem ten profil tylko dlatego że lajtowy.
"I ty, cenzorze, co za wiersz ten
Zapewne skarzesz mnie na ciupę,
Iżem się stał świntuchów hersztem,
Całujcie mnie wszyscy w d**ę !…" (Julian Tuwim) (Polecam posłuchać całego wiersza w wykonaniu Fokusa)
Nie idę dziś do budy, nie będzie to kolejny dzień próby, nudy próby zguby i obłudy. Wyspany sobie wstaje, w spokoju się wreszcie najem, nie goni mnie zegarek, dziś powolniejszy się staje. I chce właśnie tego, codziennego, potrzebnego, absolutnego luzu, ziomek spróbuj, iść do kina, na złe Ci to nie wyjdzie chyba, uzupełniać swą kulturę zaczynaj. Przed popołudniem bilety są tańsze, wszakże ni kolejek, ni ludzi nie uświadczysz także. A może weźmiesz dziewczynę, fajnie wam tam czas minie, gdy sami będziecie w wielkim kinie. Wtedy każdy problem spłynie i troska przeminie, i nie będziesz wiedzieć że byliście na słabym filmie. Sami w kinie, ta chwila jak każda przeminie, ale wspomnisz ją za chwilę, zadbaj by wspomnień mieć tyle, by w kółko chodzić zadumany, prawie jak najarany, i nie potrzebował w życiu więcej trawy, lub nie karmił się szlugami, byś wyciągnął się z otchłani. Rapuj razem z nami.
Podsumowując, w kinie byłem sam, zupełnie sam, bez dziewczyny, marzenia... z początku siedząc tam sam przy zapalonym świetle, jeszcze od lecącej muzyczki poprzez reklamy aż do zgaszenia światła było bardzo ponuro, potem liczył się już tylko film, za duże echo nosiło po sali, ale dało się przeżyć.
Co do samego filmu, w końcu:
Wielkie gwiazdy kina jako najlepsi najemnicy, tony fajerwerków, miliony wystrzelonej amunicji, masa flaków, szeroko ścielący się trup na całej długości i szerokości. Nie głupio sklecona fabuła, oj dużo się tam dzieje. Warto zobaczyć, ale ciężko na drugi dzień o tym filmie nie zapomnieć.